Czarnobyl i Artemida
UWAGA: Zagadka nie ma nic wspólnego ani z rzeczywistymi wydarzeniami historycznymi, ani z polityką historyczną Rzeczypospolitej Polskiej. O ile autorowi wiadomo, nic takiego nigdy się nie wydarzyło. Co wcale nie znaczy, że nie mogło…
I tak już napięte relacje międzypaństwowe w kontekście Wołynia i II-giej Wojny Światowej uległy dalszemu zaognieniu, kiedy grupa polskich fotografików powróciła z letniego objazdu plenerowego po Ukrainie. Wystawa prac będących pokłosiem tej wycieczki przykuła bowiem uwagę pionu śledczego IPN.
Burzę wywołał jeden konkretny obraz, zatytułowany “Ukraiński Artemizjon”. Na autorkę “doniósł” znajdujący się na wernisażu wystawy student archeologii, związany z pewną organizacją patriotyczną. Co prawda wkręcił się tam tylko dlatego, że dawali wino, ale kiedy zobaczył zdjęcie i wysłuchał opowieści, natychmiast zatelefonował do właściwych czynników. Panowie przyjechali i przesłuchali kogo trzeba. Wzięli kopię, zrobili mapę… i pojechali na miejsce.
Gdyby nieco pogłówkowali, od razu spuściliby z tonu i przekazali sprawę kryminalnej policji ukraińskiej. Na szczęście tym razem wszystko rozeszło się – nomen omen – po kościach. Zresztą ekshumacje wykazały, że większość ofiar pochodziła z Pakistanu. I pomyśleć, że gdyby nie Czarnobyl, nikt by tych ciał nigdy w tej kompletnej dziczy nie odnalazł…