Jamal Ahmad Kalwas był w sumie nierzucającym się w oczy studentem, przybyłym do Polski na fali niepokojów w Egipcie związanych z wojną sześciodniową. Osiadł tu u nas na stałe i w PRLu zajął się tym, do czego go polski uniwersytet wykształcił. Zatrudnił się mianowicie w aptece.
Apteki w owym czasie nadal pozostawały na froncie walki o świetlaną socjalistyczną przyszłość, dlatego też zawód aptekarza pozostawał pod szczególnym nadzorem. No więc kiedy umundurowani funkcjonariusze MO wkroczyli do apteki Jamala, ten nie bardzo wiedział, co się dzieje. Bo w końcu - jakie to przestępstwo, być prawowiernym wyznawcą Allaha?
Tymczasem akurat w tym wypadku nietolerancja religijna miała podłoże gospodarczo-konsumpcyjne. Donos wynikał ze szczerej obywatelskiej niezgody na marnotrawstwo w miejscu pracy. Na sali sądowej, na której rozegrał się ostatni akt tej komedii (komedia to też dramat, tyle że inaczej) łzy leciały z oczu nawet składowi orzekającemu. Zbrodnia przeciw socjalistycznej ojczyźnie okazała się jednak tak doskonała, że nie było na nią nawet paragrafu!
Na szczęście uwagi dzielnych kolegów kapitana Żbika nie przykuła zwinięta w rulonik sadżadża Jamala. I tak MO przeoczyło co najmniej sześć kopii drugoobiegowego wydania Wierszy i Poematów Iosifa Brodskiego, w tłumaczeniu Barańczaka. Prosto z oficyny NOWA!